
Dokładnie 5 dni temu do Moskwy przyjechał dyrektor CIA John Ratcliffe. Jego wizyta nie została wcześniej zapowiedziana i odbyła się w momencie, gdy coraz więcej uwagi przyciągają doniesienia dotyczące rosyjskich przygotowań wojskowych, możliwości przeprowadzenia kolejnej mobilizacji oraz potencjalnych działań wymierzonych w państwa NATO.
Sama obecność szefa amerykańskiego wywiadu w rosyjskiej stolicy jest wydarzeniem wyjątkowym. Ostatnia podobna wizyta miała miejsce w listopadzie 2021 roku. Wówczas ówczesny dyrektor CIA William Burns przyjechał do Moskwy, aby przekazać rosyjskim władzom ostrzeżenie związane z koncentracją wojsk wokół Ukrainy. Kilka miesięcy później, 24 lutego 2022 roku, Rosja rozpoczęła pełnoskalową inwazję.
Dziś sytuacja jest oczywiście inna. Nie ma dowodów wskazujących, że Władimir Putin podjął decyzję o rozpoczęciu kolejnej wojny. Jednak podobieństwo obu sytuacji – przede wszystkim wysłanie do Moskwy dyrektora CIA w momencie rosnących obaw dotyczących rosyjskich planów wojskowych – sprawia, że wizyta Ratcliffe’a wywołała liczne spekulacje.
Według amerykańskich mediów Ratcliffe spędził w Moskwie zaledwie kilka godzin. Spotkał się z przedstawicielami rosyjskich służb specjalnych, w tym z szefem Służby Wywiadu Zagranicznego Siergiejem Naryszkinem. Kreml potwierdził przeprowadzenie rozmów. Rzecznik rosyjskiego prezydenta Dmitrij Pieskow przekazał, że Władimir Putin został poinformowany o ich przebiegu. Oficjalnie Ratcliffe nie spotkał się jednak z rosyjskim prezydentem. Siergiej Naryszkin próbował później pomniejszać znaczenie wydarzenia, określając rozmowę jako coś, co nie było szczególnie nadzwyczajne. Podobny ton przyjął Donald Trump, nazywając wizytę „półrutynową”. Problem polega na tym, że wizyty dyrektorów CIA w Moskwie trudno uznać za rutynowe. Ratcliffe jest pierwszym szefem amerykańskiej Centralnej Agencji Wywiadowczej, który przyjechał do rosyjskiej stolicy od czasu misji Burnsa w 2021 roku.
Historyczna analogia jest jednym z powodów, dla których obecna podróż wywołała tak duże zainteresowanie. W listopadzie 2021 roku prezydent Joe Biden wysłał Williama Burnsa do Moskwy w związku z informacjami amerykańskiego wywiadu dotyczącymi przygotowań Rosji do ataku na Ukrainę. Burns po latach potwierdził, że jego zadaniem było przedstawienie Rosjanom tego, co wiedziały Stany Zjednoczone, oraz konsekwencji ewentualnej inwazji. Waszyngton próbował wówczas bezpośrednio zasygnalizować Kremlowi, że zna jego plany. Ostrzeżenie nie powstrzymało Putina.
Nie oznacza to, że historia musi się powtórzyć. Pokazuje jednak, że wysłanie dyrektora CIA bezpośrednio do Moskwy może być wykorzystywane jako jeden z kanałów komunikacji w sytuacjach, które Waszyngton uważa za szczególnie niebezpieczne. Dlatego zasadnicze pytanie brzmi: co tym razem zobaczyły amerykańskie służby? Czy Amerykanie ostrzegli Rosję przed atakiem na NATO? Według „Wall Street Journal” jednym z powodów wizyty Ratcliffe’a miały być obawy dotyczące potencjalnych rosyjskich działań przeciwko państwom NATO.
Amerykańskie źródła wskazują, że Waszyngton analizuje możliwość podjęcia przez Rosję ograniczonego działania, którego celem nie musiałoby być rozpoczęcie pełnoskalowej wojny z Sojuszem. Znacznie bardziej prawdopodobnym scenariuszem byłaby próba sprawdzenia jego politycznej i militarnej reakcji. Szczególna uwaga koncentruje się na Estonii, Łotwie i Litwie. Według „WSJ” Ratcliffe miał przekazać rosyjskim przedstawicielom ostrzeżenie przed podejmowaniem działań przeciwko któremukolwiek z państw NATO. Amerykańskie oceny mają zakładać możliwość przeprowadzenia ograniczonej operacji, która pozwoliłaby Moskwie sprawdzić determinację Sojuszu.
Nie oznacza to jednak, że istnieją informacje o wydaniu przez Putina rozkazu ataku. Wręcz przeciwnie – Donald Trump publicznie stwierdził, że nie obawia się rosyjskiego uderzenia na NATO. Również prezydent Finlandii Alexander Stubb ocenił, że Rosja prawdopodobnie nie zaryzykuje bezpośredniej wojny z Sojuszem, którego potencjał militarny zdecydowanie przewyższa możliwości Moskwy. Istnieje jednak ogromna przestrzeń pomiędzy pokojem a pełnoskalową wojną. I właśnie tam Rosja od lat prowadzi swoją grę z Zachodem.
Rosja nie musi wysyłać kolumn czołgów przez granicę Estonii czy Litwy, aby sprawdzić odporność NATO. Znacznie mniej ryzykownym rozwiązaniem może być operacja znajdująca się poniżej progu otwartej wojny: cyberatak, sabotaż infrastruktury krytycznej, operacja przeciwko zakładom zbrojeniowym, naruszenie przestrzeni powietrznej, atak dronów, działania na Bałtyku albo ograniczony incydent graniczny. Tego rodzaju operacja stawiałaby NATO przed trudnym pytaniem: w którym momencie uruchomić mechanizmy przewidziane w art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego? To właśnie niejednoznaczność mogłaby być największym atutem Moskwy.
„Wall Street Journal” informuje jednocześnie o nasileniu rosyjskich działań w tzw. szarej strefie. Według przedstawicieli państw europejskich i NATO obejmują one m.in. sabotaż, cyberataki, operacje z wykorzystaniem dronów i inne działania, które trudno jednoznacznie zakwalifikować jako konwencjonalny atak zbrojny. Celem takiej strategii nie musi być pokonanie NATO militarnie. Wystarczyłoby stworzenie kryzysu, w którym państwa Sojuszu zaczęłyby spierać się o to, czy doszło już do agresji wymagającej wspólnej odpowiedzi.
W tym kontekście szczególnego znaczenia nabierają słowa premiera Donalda Tuska. W sobotę, po rozmowie z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte, polski premier ostrzegł, że Rosja nadal eskaluje swoje działania.
„Najbliższe pół roku będzie decydujące i musimy być przygotowani jako Polska i NATO na różne scenariusze. Nie można wykluczyć prowokacji ze strony Rosji wobec jednego z państw NATO” – przekazał Tusk.
To istotne, ponieważ już wcześniej pojawiały się informacje, że państwa wschodniej flanki ostrzegają przed możliwością rosyjskiej prowokacji wymierzonej w Polskę lub państwa bałtyckie. Celem takiego działania miałoby być przede wszystkim sprawdzenie spójności NATO. Polski premier przekazał również, że Warszawa pozostaje w kontakcie ze stroną amerykańską. Według Reutersa Tusk zaznaczył, że Polska wiedziała o strategicznych rozmowach prowadzonych przez Amerykanów i nie była zaskoczona wizytą Ratcliffe’a. W połączeniu z podróżą szefa CIA do Moskwy tworzy to obraz znacznie poważniejszy niż pojedyncze ostrzeżenie jednego polityka.
Drugim elementem układanki są przygotowania rosyjskiego aparatu państwowego. Według „Wall Street Journal” Rosja przeprowadza testy gotowości do potencjalnej kolejnej mobilizacji. Ćwiczenia mają obejmować sprawdzanie zdolności struktur wojskowych i administracyjnych do przyjęcia znacznej liczby nowych żołnierzy. Szczególnie interesujący jest fakt, że jeden z dużych testów przeprowadzono w obwodzie kaliningradzkim. Kreml zaprzecza, aby zapadła decyzja o nowej mobilizacji i przedstawia podobne działania jako rutynowe. Najbardziej oczywistym powodem ewentualnego zwiększenia liczebności rosyjskich sił pozostaje oczywiście Ukraina. Rosja ponosi tam znaczne straty, a długotrwała wojna wymaga nieustannego uzupełniania jednostek. Nowa mobilizacja mogłaby więc służyć przede wszystkim przygotowaniu sił do operacji w 2027 roku.
Nie można jednak ignorować drugiej możliwości. Zwiększenie liczby żołnierzy pozwoliłoby Rosji jednocześnie odbudowywać jednostki stacjonujące w innych częściach kraju, w tym przy granicach NATO. Obwód kaliningradzki pozostaje jednym z najbardziej strategicznych punktów na mapie potencjalnego konfliktu Rosji z NATO. Rosyjska eksklawa znajduje się pomiędzy Polską a Litwą. Kilkadziesiąt kilometrów dalej znajduje się przesmyk suwalski – pas terytorium łączący Polskę z Litwą, a tym samym państwa bałtyckie z pozostałą częścią lądowego terytorium NATO. Po drugiej stronie znajduje się Białoruś. W przypadku poważnego kryzysu militarnego ten niewielki fragment terytorium miałby ogromne znaczenie dla możliwości przerzucania wojsk i zaopatrzenia do Litwy, Łotwy oraz Estonii. Dlatego informacje o sprawdzaniu możliwości mobilizacyjnych właśnie w obwodzie kaliningradzkim są uważnie obserwowane przez państwa NATO.
Dodatkowe spekulacje wywołało jeszcze jedno wydarzenie. 25 sierpnia – dokładnie w dniu wizyty Ratcliffe’a – Władimir Putin podpisał trzy dekrety oznaczone numerami 605, 606 i 607. Dokumenty nie zostały opublikowane, a ich treść pozostaje niejawna. Wiadomo o ich istnieniu dzięki numeracji kolejnych, jawnych dekretów. Nie istnieją obecnie wiarygodne dowody pozwalające połączyć te dokumenty z mobilizacją, NATO czy wizytą dyrektora CIA. Sam zbieg okoliczności wystarczył jednak, aby w mediach i wśród analityków pojawiły się spekulacje. Tajne dekrety rosyjskiego prezydenta mogą dotyczyć bardzo różnych kwestii bezpieczeństwa państwa. Przypisywanie im bez dodatkowych informacji decyzji o mobilizacji byłoby więc przedwczesne. Ich podpisanie dokładnie w dniu jednej z najbardziej niezwykłych wizyt amerykańskiego przedstawiciela w Moskwie od początku wojny na Ukrainie niewątpliwie zwiększa jednak zainteresowanie wydarzeniami na Kremlu.
Kolejnym wydarzeniem, które przyciągnęło uwagę obserwatorów, był przyjazd do Rosji Aleksandra Łukaszenki. Białoruski przywódca spotkał się 29 sierpnia z Władimirem Putinem. Według oficjalnych komunikatów rozmowy dotyczyły współpracy dwustronnej, kwestii bezpieczeństwa oraz sytuacji międzynarodowej. Sama wizyta Łukaszenki w Rosji nie jest niczym niezwykłym. Putin i białoruski przywódca spotykają się regularnie. Znaczenie ma jednak sekwencja wydarzeń. Najpierw do Moskwy niespodziewanie przylatuje dyrektor CIA. W tym samym czasie pojawiają się doniesienia o rosyjskich przygotowaniach mobilizacyjnych oraz możliwych scenariuszach prowokacji wobec NATO. Putin podpisuje trzy niejawne dekrety. Następnie do Rosji przyjeżdża Łukaszenka, a jednym z tematów jego rozmów z Putinem jest bezpieczeństwo. Dodatkowo dzień po wizycie Ratcliffe’a Łukaszenka zarządził kontrolę gotowości bojowej białoruskich sił zbrojnych. Każde z tych wydarzeń rozpatrywane oddzielnie może mieć rutynowe wyjaśnienie. Dopiero ich zestawienie powoduje, że zainteresowanie zachodnich analityków rośnie.
Znaczenie Białorusi w ewentualnym kryzysie Rosja–NATO trudno przecenić. To właśnie z terytorium Białorusi rosyjskie wojska rozpoczęły w lutym 2022 roku część ofensywy przeciwko Ukrainie, próbując dotrzeć do Kijowa. Białoruś graniczy jednocześnie z Polską, Litwą i Łotwą. W przypadku kryzysu wokół państw bałtyckich jej terytorium miałoby więc ogromne znaczenie strategiczne – szczególnie w połączeniu z rosyjskim obwodem kaliningradzkim. Nie oznacza to, że Mińsk przygotowuje się do wojny z NATO. Jednak każda większa aktywność wojskowa na Białorusi będzie w obecnej sytuacji analizowana przez zachodnie służby znacznie dokładniej niż wcześniej.
Napięcie zwiększyło się dodatkowo pod koniec tygodnia. 28 sierpnia rosyjskie Strategiczne Wojska Rakietowe przeprowadziły szkoleniowy start międzykontynentalnego pocisku balistycznego z kosmodromu Plesieck. Według rosyjskiego Ministerstwa Obrony próba miała służyć potwierdzeniu parametrów technicznych i lotnych systemu. Sam test nie jest dowodem przygotowań do wojny i tego rodzaju próby są elementem funkcjonowania rosyjskich sił strategicznych. Jednak również tutaj znaczenie ma kontekst. Test nastąpił trzy dni po wizycie dyrektora CIA, w okresie narastających spekulacji dotyczących NATO i w momencie, gdy Kreml określił rozmowy dotyczące zakończenia wojny w Ukrainie jako znajdujące się w „głębokiej pauzie”. Rosja od początku wojny wielokrotnie wykorzystywała swój arsenał nuklearny nie tylko jako instrument odstraszania militarnego, lecz również komunikacji politycznej.
Co naprawdę może planować Putin? Na obecnym etapie można wskazać kilka scenariuszy. Najbardziej prawdopodobny zakłada, że rosyjskie przygotowania mobilizacyjne związane są przede wszystkim z wojną przeciwko Ukrainie. Kreml może przygotowywać się do kolejnego etapu konfliktu, zakładając, że wojna będzie trwała również w 2027 roku. Drugi scenariusz zakłada równoległą odbudowę rosyjskich sił przeznaczonych do działań na kierunku zachodnim. Nawet bez zamiaru rozpoczęcia wojny z NATO większa obecność wojskowa w Kaliningradzie, zachodniej Rosji i na Białorusi zwiększałaby presję na państwa Sojuszu. Trzeci – najbardziej niebezpieczny – dotyczy próby przetestowania NATO. Nie musiałaby ona przybrać formy klasycznej inwazji. Ograniczona operacja, incydent graniczny, sabotaż albo działanie, którego autorstwo początkowo byłoby trudne do jednoznacznego ustalenia, mogłyby wystarczyć do sprawdzenia, jak szybko państwa Sojuszu potrafią osiągnąć polityczną zgodę. Instytut Studiów nad Wojną ocenia, że ewentualna rosyjska próba sprawdzenia NATO w najbliższym czasie najprawdopodobniej nie przybrałaby formy pełnoskalowej konwencjonalnej inwazji. Analitycy zwracają jednak uwagę na możliwość działań mających podważyć wiarygodność art. 5.
Największym celem może być nie terytorium, lecz wiarygodność NATO To właśnie ten scenariusz może być dla Kremla najbardziej atrakcyjny. Putin nie musi zdobywać Tallinna, Rygi czy Wilna, aby osiągnąć strategiczny sukces. Znacznie większym zwycięstwem byłoby wykazanie, że NATO nie jest w stanie szybko i jednomyślnie odpowiedzieć na zagrożenie wobec jednego ze swoich członków. Gdyby doszło do ograniczonego incydentu, a następnie rozpoczęła się wielodniowa dyskusja pomiędzy Waszyngtonem, Berlinem, Paryżem, Warszawą i pozostałymi stolicami dotycząca charakteru odpowiedzi, Moskwa mogłaby próbować przedstawić to jako dowód słabości całego systemu kolektywnej obrony. Dlatego najbardziej niebezpieczny scenariusz nie musi rozpoczynać się od rosyjskich czołgów przekraczających granicę NATO. Może rozpocząć się od zdarzenia, którego charakter przez pierwszych kilka godzin pozostanie niejasny.
W całej tej analizie konieczne jest jednak zachowanie proporcji. Nie ma obecnie publicznie dostępnych dowodów wskazujących, że Władimir Putin zdecydował o ataku na państwo NATO. Nie wiadomo również, czy amerykański wywiad posiada informacje wskazujące na konkretne przygotowania do takiej operacji. Część doniesień opiera się na anonimowych źródłach oraz ocenach służb i analityków. Również niejawna treść rozmów Ratcliffe’a z rosyjskimi przedstawicielami pozostawia ogromną przestrzeń dla spekulacji. Jednocześnie ignorowanie nagromadzenia sygnałów byłoby błędem. Po raz pierwszy od listopada 2021 roku dyrektor CIA przyjechał do Moskwy. Rosja sprawdza swoją gotowość mobilizacyjną. Władimir Putin podpisał trzy niejawne dekrety. Kilka dni później spotkał się z Aleksandrem Łukaszenką, który wcześniej zarządził kontrolę gotowości białoruskiej armii. Rosja przeprowadziła próbę międzykontynentalnego pocisku balistycznego, a premier Polski po rozmowie z sekretarzem generalnym NATO publicznie powiedział, że nie można wykluczyć rosyjskiej prowokacji wobec jednego z członków Sojuszu.
Żaden z tych elementów osobno nie oznacza nadchodzącej wojny. Razem pokazują jednak, że zarówno Moskwa, jak i zachodnie stolice przygotowują się na okres zwiększonej niepewności. Najbliższe miesiące pokażą jej kierunek. Dla Putina najważniejszym pytaniem może być dziś nie to, czy Rosja jest w stanie rozpocząć kolejną pełnoskalową wojnę. Znacznie ważniejsze może być ustalenie, jak daleko może się posunąć bez wywołania zdecydowanej i wspólnej odpowiedzi Zachodu. Dlatego kolejne miesiące będą szczególnie istotne.
Decyzja o nowej mobilizacji, przesunięcia rosyjskich jednostek w kierunku zachodnim, aktywność wojskowa w obwodzie kaliningradzkim i na Białorusi, kolejne ćwiczenia, koncentracja sprzętu oraz wzrost liczby operacji hybrydowych mogą być sygnałami pozwalającymi lepiej ocenić zamiary Kremla. Historia wizyty Williama Burnsa z listopada 2021 roku pokazuje jednocześnie, że niezwykłych misji dyrektorów CIA do Moskwy nie należy automatycznie traktować jako zapowiedzi wojny – ale nie należy ich również ignorować. Burns przyjechał wtedy, ponieważ Waszyngton wiedział, że dzieje się coś poważnego. Nieco ponad trzy miesiące później rozpoczęła się największa wojna w Europie od 1945 roku.
Dziś nie wiadomo, czy misja Johna Ratcliffe’a miała podobny ciężar. Ale właśnie odpowiedź na pytanie, co skłoniło Waszyngton do ponownego wysłania szefa CIA do Moskwy po niemal pięciu latach, może być jedną z najważniejszych zagadek dotyczących bezpieczeństwa Europy w najbliższych miesiącach.
Chcesz dowiedzieć się więcej o świecie?
Dołącz do naszej Jesiennej Akademii Świata!
Zapisy: https://app.evenea.pl/event/czterystronyswiata/
Zostań Patronem Czterech Stron Świata:
www.patronite.pl/czterystronyswiata
Każde wsparcie – nawet najmniejsze – ma realny wpływ na rozwój naszego projektu.
Aktualności ze świata
Chodzi o atak na irański statek na Morzu Kaspijskim.
WięcejZmiany mogą wejść w życie już w 2027 r.
WięcejAktualności z Polski
Już wkrótce słynny samolot Franciszka Żwirko i Stanisława Wigury otrzyma drugie życie.
WięcejNajlepszym tego przykładem jest trwająca w Gdańsku konferencja dot. odbudowy Ukrainy, na której zabrakło prezydenta Wołodymyra Zełenskiego.
WięcejWydarzenie zgromadziło blisko 4000 osób.
WięcejJuż 25-26 maja 2026 r. w Jasionce koło Rzeszowa. Cztery strony świata są patronem medialnym wydarzenia.
Więcej